Andzia
Andzia na świecę łakomie spoziera,
Wtenczas gdy ja podnosi i gdy ją wyciera
I kiedy kredens sprząta na którem stoi ona.
Wysmukła, z knotem białem a długim,
Wielkością jest na miejscu drugim,
Za świętą gromnicą.
U dołu szeroka, a u góry cieńsza,
Lecz dzięki temu jeszcze sposobniejsza.
A do czego sposobniejsza?
Zapytasz się ciekawie.
Do palenia, podziwiania?
Nie! Do wpychania.
A gdzie chcesz ją wpychać,
Głupi się zapyta.
Jak to gdzie, powie Andzia,
Tam gdzie nie wejdzie pyta.
Bo nie wszedzie wejść może,
Ścislej nie w każde ciało.
Bo choć dzieweczka tęskni,
Choć ja ciągle pizda swędzi,
Pani matka pilnuje,
Nie da skrzywdzić córeczki.
A córunia – owoc jej żywota,
Niecnota!
Andzi chłopa się zachciewa,
Nad jego brakiem bardzo ubolewa.
Ale mama nic nie wie o córy zachciankach.
Niech sobie szlachta siedzi po zaściankach,
Powiada, lecz od mej Andzi wara oblechy, Bo jeszcze wam widłami wyciągnę
bebechy,
Dziady napalone!
Chcecie mą mała wziąć sobie na strone.
O, niedoczekanie
Nie poobracacie jej sobie na sianie.
Biedna Andziula łzy w poduszkę leje,
Cóż z tego matulu, że chłop gorzałe chleje
I cóz z tego, że ja mała,
A że w dymaniu jestem niebywała?
Cóz z tego, a choćby taki Antoś,
Stacho, Stefko brodaty, ktokolwiek.
Myśli tak dzieweczka w żalu pogrążona,
Dziewczyna czternastoletnia
Lecz bardzo napalona.
Świeca długa jest, biaława,
A piekna niczem hetmańska buława.
Ach kusi, ach woła – weź mnie, użyj!
Lecz mama w domu cięgiem siedzi
W kuchni nad obiadem się biedzi.
Kredens też w izbie stoi,
A rodzicielka wziąć go córze nie pozwoli.
Oj nie…
Hańdziu, wychodzę do miasta,
Kupię ci bułeczkę tudzież kilo ciasta.
Wrócę za godzinę,
Bądź grzeczna i posprzątaj odrobinę.
Wyszła, o radości, dzieki wam anieli,
Dusza się ma wielce weseli!
Dziewczę kredens otwiera,
Świecę w raczki bierze,
I tym przedmiotem pięknym
Cnotę sobie odbierze.
Idzie z nią do pokoju,
Zawiera drzwi doń pomału
I zasłony na okna naciąga,
Żeby jej nikt nie podgladał.
Zdejmuje pomału drżącymi rekoma:
Rajstopki
Spódniczkę i majteczki koronkowe,
Które kryją jej piczkę.
Cipka włosem rzadkim jeszcze
Lubo czarnym pokryta.
Andzia jest podniecona
Lecz ze sprzętem jeszcze nieobyta,
Toteż wpierw paluszek wkłada
Druga raczką natomiast za cycka się
chwyta.
Dobrze naszej dziewuszce i mokro się robi,
Toteż do wbicia świecy się z wolna sposobi
Początkowo polizała ją przeciągle,
Fe, niedobra jakaś!
Potem sam czubek do pizdy wsunęła,
Teraz knocik łaskocze – no to go ucieła.
Teraz głebiej wpycha,
Jakoś jej nieswojo i miło zarazem
Uczucia zwać nie potrafi żadnym wyrazem.
Nagle coś zabolało – pisnęla dziewiczka,
Gdy bez ostrzeżenia zapiekła ją piczka.
Wtem przypomniała sobie rady Jaguni
Swej ukochanej, starszej siostruni,
Która w małżeńskim stanie była,
Dobry rok albo i dłużej i już dzieci powiła.
Ona to właśnie teraz taka cnotliwa i miła
W czasach modości strasznie się kurwiła,
Z czego wśród mężczyzn słynna była.
Matka nic o tym wszakże nie wiedziała,
Nie wiedział tez pan młody,
Za którego się wydała, że jego żoneczka
Prostym chłopom bo buzi brała,
A szlachcie na dwa baty brać się pozwalała.
Tedy Jadzia Andzię ostrzegała,
Że jakby sobie coś do pizdy wkładała,
To musi uważać, by pościeli nie poplamić,
Albo ubranka tudzież ze stodoły sianka.
Będzie bolało chwilkę – przestrzegała,
Ale trzeba przeboleć moja mała.
Rezolutna Andzia miseczkę nastawiła,
Uklęknęła nad nią i swiecę szparko wbiła.
Krzyknęla cieniutko i krew w miskę puściła
Boli cipsko dziewczynę,
Odczekala więc ociupinę
I dalejże branzlować!
To szybciej
to wolniej
To głębiej
To płycej
To smyra delikatnie
To jebie udatnie.
Jakby w trans wpadła,
Na wyżyny rozkoszy wzleciała,
Po czym spełniona na ryja upadła.
Tak to mała Andzia domek posprzątała.
Bo gdy dzieweczka ogniem rządzy pała
Byle się sposobność jaka nadarzała
Już wlezie w nią pała.
Rzecz to jest typowa, że mloda dziewczyna
W dojrzewania czasie o chuja się dopomina
Daj jej mamo chłopa, po co się brajluje?
Świeca droga
To jej szkoda,
A chlop nic nie kosztuje.
Natura abhorret cera!
|